Aktualność

Ofiary dwóch totalitaryzmów. Historia nieopowiedziana | wywiad

11.04.2020

Ofiarą Zbrodni Katyńskiej padło ponad 21 tysięcy żołnierzy, policjantów, intelektualistów. Nawet po ujawnieniu prawdy o jej przebiegu historia milczała o innych pokrzywdzonych - bliskich zamordowanych. O rodzinach katyńskich rozmawiamy z dr Joanną Kurczab.

W tym roku mija 80. rocznica Zbrodni Katyńskiej. Co udało się ustalić, a czego jeszcze nie wiemy na jej temat?

Wydaje mi się, że białych plam dotyczących Zbrodni Katyńskiej jest bardzo dużo. I wiele jeszcze prac badawczych przed historykami. Znamy pewne fakty wynikające bezpośrednio z dokumentów, ale to wciąż jest za mało. Dla przykładu, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile dokładnie osób zostało zamordowanych na mocy decyzji Politbiura KC WKP(b) z 5 marca 1940 roku. Nie potrafimy do końca odtworzyć modus operandi zbrodni, nie wiemy gdzie pochowano ofiary z tzw. białoruskiej czy – poza Bykownią – ukraińskiej listy katyńskiej. Co się stało z jeńcami, których nie ma na wykazach ofiar? Przebywali w obozach w Kozielsku, Starobielsku, czy Ostaszkowie (wysyłali stamtąd korespondencję do rodzin), ale z tych obozów nie powrócili. Jest mnóstwo znaków zapytania; wciąż szukamy nowych tropów, które mogłyby poszerzyć naszą wiedzę o zbrodni, ofiarach bezpośrednich i tych „pośrednich”, jak członkowie rodzin zamordowanych.

I jednym z nich może być zbadanie tematu rodzin katyńskich – również „ofiar” tej zbrodni?

Tak. Losy rodzin katyńskich były tematem, który przez lata pozostawał na zupełnym marginesie badań naukowych nad Zbrodnią Katyńską. Warto zwrócić uwagę, iż władzom sowieckim „nie wystarczyło” zlikwidowanie – z ich punktu widzenia – nierokujących nadziei na poprawę zatwardziałych wrogów ZSRS. Represje dotknęły całe rodziny. Druga deportacja dotyczyła właśnie rodzin katyńskich oraz bliskich innych aresztowanych, represjonowanych na podstawie art. 58 kodeksu karnego ZSRS, tj. oskarżonych o dokonanie zbrodni kontrrewolucyjnej. Decyzja o tej deportacji została podjęta 2 marca 1940 r., a więc trzy dni przed tzw. decyzją katyńską.

W jakiej sytuacji znalazły się rodziny zamordowanych oficerów?

Tzw. druga deportacja z kwietnia 1940 roku nie była jedyną represją, jakiej doświadczyły rodziny katyńskie, choć niewątpliwie dotyczyła największej grupy rodzin zamordowanych.

Pokolenie wdów katyńskich umierało, często nie znając losów swoich mężów. Obecnie depozytariuszami pamięci o ofiarach Zbrodni Katyńskiej są dzieci ofiar. Mamy jeszcze tylko kilka lat, żeby z nimi porozmawiać.

Za każdą z tych ofiar kryje się konkretna historia ludzka. To, że dysponujemy krótkimi biogramami w księdze cmentarnej, nie znaczy, że coś o nich wiemy. Bo wiemy niewiele. Patrząc na krótkie biogramy, a nawet dłuższe biografie ofiar, często mamy więcej pytań niż informacji (na ogół dotyczących życia zawodowego). W przestrzeni Muzeum Katyńskiego jest instalacja nazywana Aleją Nieobecnych. Wzdłuż ścieżki na terenie kaponiery usytuowano czterdzieści pustych postumentów, jakby przygotowanych pod popiersia bohaterów. Na każdym widnieje inskrypcja z nazwą zawodu. Idący aleją mają uzmysłowić sobie, kim byli zamordowani i kogo zabrakło w powojennej Polsce. Jednak na żadnym z postumentów nie ma słowa „mąż”, „ojciec” czy „dziadek”. A właśnie tych określeń brakowało rodzinom katyńskim. O ile nie ma niezastąpionych pracowników, urzędników, działaczy, o tyle nieobecnych mężów, a zwłaszcza ojców, nikt nie był w stanie zastąpić. Nawet kilka lat po wojnie, gdy dzieci katyńczyków założyły już własne rodziny. Ta trauma ciągle przebija ze ich słów. Po wielu rozmowach z nimi mamy tę pewność, że choćby najbardziej szczegółowe życiorysy, oparte o dokładną kwerendę archiwalną, niewiele mówią nam o ofiarach zbrodni. Nie wiemy jakie mieli marzenia, plany na przyszłość, jakimi byli ludźmi, w jakie ideały wierzyli, jakim wartościom hołdowali. Imponderabilia wpojone dzieciom przez ojców, których zabrakło, wyrażały się w postawach życiowych, także w sytuacjach ekstremalnych, jakimi była totalitarna rzeczywistość obydwu okupacji oraz represje.

Dziecięce wspomnienia, spisywane czy przekazywane po latach od wydarzeń, nie są pełne; zachowały się jedynie fragmenty, kadry, obrazy. Warto zwrócić uwagę, że jest to pokolenie naznaczone traumą, która towarzyszyła zarówno wdowom katyńskim, jak i ich dzieciom. Była potęgowana przez doświadczenia totalitarne – deportacje czy represje polityczne pod okupacją sowiecką czy niemiecką – i utrzymywana przez lata życia w komunizmie, w przeświadczeniu przynależności do grupy szczególnie represjonowanej ze względu na pokrewieństwo z zamordowanym (mówiło się nawet, że Zbrodnia Katyńska legła u fundamentu PRL). Przyjrzenie się tym rodzinom, zebranie ich losów i porównanie z historiami innych rodzin w tym okresie, jest głównym celem publikacji Ofiary dwóch totalitaryzmów. Losy rodzin katyńskich pod okupacja sowiecką i niemiecką.

Na jakich dokumentach opierała Pani badania?

Podstawą były dokumenty znajdujące się w Muzeum Katyńskim. Ciekawym i obszernym zbiorem, powstałym na przełomie lat 80 i 90-tych, jest tzw. spuścizna Jędrzeja Tucholskiego. Są to ankiety i listy rodzin katyńskich wysyłane do redakcji czasopisma „Zorza” (często adresowane na nazwisko Jędrzeja Tucholskiego), zbierane w celu ustalenia wykazu ofiar, w momencie, kiedy nie zostały one jeszcze udostępnione przez stronę sowiecką stronie polskiej. I choć w tych dokumentach losy rodzin były marginalizowane, stanowiły dla mnie podstawę do dalszego poszukiwania.

To znaczy?

Praca historyka to praca detektywa. Nie zawsze znalezione informacje okazują się wystarczającymi, dlatego oprócz kwerend archiwalnych ważną częścią pracy badawczej były rozmowy z członkami rodzin katyńskich.

Ile losów rodzin udało się Pani poznać?

Udało mi się zgłębić losy 900 rodzin katyńskich. Nie wszystkie zostały wymienione w publikacji, chociażby ze względu na ograniczenia wynikające z obszerności książki. Natomiast w swojej pracy chciałam ukazać losy tych rodzin, które były najbardziej typowe oraz te, które wydają się w jakiś sposób unikalne, jednostkowe.

Co Pani przez to rozumie?

W losach rodzin ofiar Zbrodni Katyńskiej znalazłam wydarzenia reprezentatywne dla całej społeczności polskiej, jak np. nakaz opuszczenia mieszkania zajętego przez oficerów lub urzędników niemieckich czy sowieckich, wcześniej ewakuacja na Wschód, potem deportacje i warunki życia na zesłaniu pod okupacją niemiecką, wysiedlenia z terenów włączonych do Rzeszy, deportacje na roboty przymusowe, zetknięcie z rzeczywistością totalnej okupacji czy inne represje polityczne. Ale wśród tych losów „uniwersalnych” starałam się ukazać takie wspomnienia, które były jednostkowe, charakterystyczne tylko dla konkretnej rodziny. Te wszystkie wspomnienia były bardzo dramatyczne. Widać w nich, jak silny związek emocjonalny łączył rodziny z nieobecnym mężem albo ojcem, jak bardzo ważne były wartości, zasady moralne przekazywane z pokolenia na pokolenie – dzięki którym czerpano siłę, by dalej żyć. Często w pamięci tych dzieci, teraz starszych osób, pojawia się motyw pożegnania z ojcem.

Jak ono najczęściej przebiegało?

Te dzieci nierzadko – jak na przykład prof. Maria Blombergowa, córka zamordowanego w Katyniu rtm. Jana Mikołaja Kossowskiego czy Zofia Stawowczyk, córka zamordowanego w Charkowie ppor. Stanisława Dionizego Dela – miały zaledwie kilka lat. Pamiętają niewiele, na przykład to, że ojciec brał je na ręce z dziecięcego łóżeczka. Później, już z relacji matek, dowiadywały się, co im mówił. Te ostatnie słowa wypowiedziane w chwili pożegnania, czy to przed odejściem na wojnę obronną w 1939, czy w chwili aresztowania, stały się dla nich wykładnią postępowania w dalszym życiu.

Czy jeńcy wojenni mieli świadomość tego, że nie spotkają się już z rodziną?

Jeńcy nie wiedzieli, że z tej wojny nie wrócą. Chroniło ich prawo międzynarodowe. Wielu łudziło się, wierząc w sowiecką celową dezinformację, że ZSRS nie jest w stanie wojny z Polską, a zatem spodziewali się zwolnienia z obozu. O tym, że nie przypuszczali, jaki los ich czeka, świadczy chociażby liczba kluczy znalezionych w masowych grobach i w tzw. dołach depozytowych. Mnóstwo kluczy do domów, biurek czy walizek, znacznie większych i cięższych niż te, które używamy obecnie. Nikt nie trzymałby przy sobie kluczy, gdyby był przekonany, że nigdy już nie otworzy nimi drzwi. Trzymali je przy sobie do końca, bo do końca wierzyli, że wrócą. Ponadto władze obozowe czy funkcjonariusze stosowali wobec jeńców socjotechniki, za sprawą których budowali w nich poczucie, że finał będzie dla nich pomyślny.

Jeńcy żyli nadzieją, ale mieli poczucie, w jak trudnej sytuacji zostawili rodzinę?

Oczywiście, że tak. Idąc na wojnę mieli świadomość, że mogą zginąć, że zostawili bliskich w trudnej sytuacji materialnej, bo przecież większość żon nie była aktywna zawodowo. Przed wyruszeniem na wojnę obronną otrzymywali często 3-miesięczne pobory lub pensje urzędnicze, z których kobiety musiały się utrzymać. Mijały miesiące bez żadnego kontaktu. Pierwsze listy do najbliższych jeńcy mogli napisać dopiero w trzeciej dekadzie listopada; niewielu zdołało wcześniej przekazać rodzinie wiadomość grypsem albo przez osobę zwolnioną z niewoli. Poza niepewnością o byt materialny rodziny dochodziła zwykła niepewność tego, czy wszyscy członkowie rodzin przeżyli pierwsze tygodnie wojny, czy dom lub mieszkanie nie ucierpiało na skutek działań wojennych, czy członkowie rodzin są w dobrym zdrowiu. Do obozów dochodziły również wieści o represjach pod okupacją sowiecką i niemiecką. Ta rozłąka i niepewność o los bliskich to był olbrzymi dramat, zarówno dla rodziny, jak i dla samych jeńców.

A jak wyglądało to z perspektywy rodzin? Co archiwa mówią na ten temat?

Rodziny czekały na jakąkolwiek informację o zaginionych. Ta korespondencja była dla nich bardzo ważna, nie tylko ze względów emocjonalnych. Listy były pierwszym znakiem tego, że mężowie, ojcowie czy synowie żyją. Nawet kiedy kontakt korespondencyjny urwał się po kwietniu 1940 r., rodziny nie podejrzewały, jak tragiczny los spotkał ich bliskich. Podejrzewano przeniesienie do obozów w głąb ZSRS czy urwanie kontaktu ze względu na deportację rodziny, ale nie wymordowanie jeńców wojennych chronionych powszechnie obowiązującym prawem zwyczajowym – to przekraczało wyobrażenia ówczesnych ludzi. Z tego powodu rodziny katyńskie z dużą rezerwą podeszły do niemieckich informacji o odkryciu masowych grobów w Katyniu w kwietniu 1943 roku. Wiele wdów i dzieci katyńskich czekało przez lata na powrót męża czy ojca. Oczekiwali ich powrotu, gdy wojna się skończyła, kiedy przybywali repatriowani ze wschodu albo żołnierze PSZ z Zachodu. Czekali także po śmierci Stalina, a nawet dłużej – jeszcze w latach 80-tych.

Pracę badawczą prowadziła Pani w oparciu nie tylko o archiwa, ale i o bezpośrednie rozmowy z potomkami ofiar. Z kim udało się Pani spotkać?

Rozmawiałam z dziećmi katyńczyków oraz – w dwóch przypadkach – z aktywnymi w środowisku rodzin katyńskich wnukami. Pytałam ich o to, co zapamiętali z przekazów swoich rodziców (nieżyjących już dzieci katyńczyków).

I co udało się odkryć?

Mam wrażenie, że traumę towarzyszącą wdowom katyńskim odziedziczyło kolejne pokolenie. To wieloletnie oczekiwanie na powrót ojca miało olbrzymi wpływ na losy dzieci. We wspomnieniach, relacjach bliskich ofiar zbrodni, widoczne jest coś, co w psychologii określane jest jako syndrom patologii procesu żałoby i przeżywania straty.

Większość wdów katyńskich, nawet jeśli przeprowadziła postępowanie o uznanie za zmarłego zaginionego męża, nie ułożyła sobie ponownie życia, oczekując na powrót małżonka, nie mogąc się pogodzić ze stratą, zwłaszcza niewyjaśnioną. Ale również wiele córek ofiar Zbrodni Katyńskiej nie wyszło za mąż. Uważały, że priorytetem jest opieka nad matką, która nigdy nie ułożyła sobie życia, bo w zasadzie nieustannie czekała na powrót męża. To jest trauma nieprzeżytego okresu żałoby. Tym kobietom nie udało się jej przeżyć.

Kolejnym ważnym problemem jest sposób rozumienia tego, co się stało i pogodzenie się z faktami historycznymi. Do tej pory wiele rodzin katyńskich jest przekonanych, że jakiekolwiek represje pod okupacją sowiecką czy niemiecką, których doświadczyły, były pokłosiem tego, że są dziećmi ofiar. Wciąż, mimo jednoznacznych wyników badań naukowych, wiele osób z tego pokolenia, wierzy w to, że doszło do współpracy niemiecko-sowieckiej: informacyjnej lub instruktażowej pomiędzy NKWD i Gestapo. Uważają, że zbyt dużo jest zbieżności pomiędzy okresem, kiedy była realizowana Zbrodnia Katyńska a czasem, kiedy pod okupacją niemiecką była prowadzona akcja AB. Wierzą w wersję wydarzeń, do której przyzwyczaiły się przez lata. I zbudowały na tym swoją tożsamość, tożsamość społeczności rodzin katyńskich, które pamięć o bliskich zamordowanych mogły pielęgnować tylko w domach rodzinnych. O tej zbrodni nie można było mówić w przestrzeni publicznej. Dopiero pod koniec lat 80. i na początku lat 90. tworzy się Federacja Rodzin Katyńskich, Stowarzyszenie Rodzin Katyńskich, dzięki czemu rodziny grupują się wokół wspólnego pielęgnowania pamięci o ofiarach, swoich mężach i ojcach, ale jednocześnie utwierdzają się w przekonaniu, że powojenna dyskryminacja jest ściśle związana ze zbrodnią. Żyją z jej piętnem.

A czy badania nie potwierdziły, że doszło do współpracy pomiędzy NKWD i Gestapo przeciwko Polakom?

Hipoteza o współpracy sowiecko-niemieckiej pojawiła się w prasie konspiracyjnej jeszcze w kwietniu 1943 roku, ale pod koniec lat 90. prof. Natalia Lebiediewa i prof. Wojciech Materski odkryli pismo przewodnie zastępcy naczelnika Zarządu Wywiadu Politycznego ds. Jeńców Wojennych, Iwana Iwanowicza Chochłowa, do naczelnika III Wydziału Zarządu, mjr. Trofima Nikołajewicza Kornijenki, z kwietnia 1940 roku. Do dokumentu załączony był spis jeńców posiadających rodzinę w ZSRR i Niemczech, wraz z enigmatyczną adnotacją „dla odpowiedniego wykorzystania”. Jednak ani kierunek obiegu dokumentu, ani też inne informacje w nim zawarte, nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, w jakich okolicznościach i w jakim celu powstał, a także jak został przekazany stronie sowieckiej. Wpadając w pułapkę nadinterpretacji konferencji krakowsko-zakopiańskich, część historyków, pasjonatów historii i członków rodzin katyńskich wysnuła hipotezę, że mogło dojść do wymiany informacji (m.in. adresów korespondencyjnych rodzin polskich jeńców wojennych) i skoordynowania represji sowieckich z przeprowadzaną wówczas akcją AB, o czym mówiło się już w latach 40-tych.

W kontekście przebadanych losów rodzin katyńskich, nie wydaje się, że taka współpraca przewidziana w tajnym protokole dodatkowym do traktatu o graniach i przyjaźni z 1939 r. mogłaby zaistnieć. Już wcześniej potwierdziły to badania prof. Wojciecha Materny czy dr. Witolda Wasilewskiego. Nie mamy żadnych materiałów, które świadczyłyby o tym, że współpraca sowiecko-niemiecka w zakresie wymiany informacji o represjonowanych zaistniała.

Wśród historii rodzin katyńskich, które przebadałam, nie znalazłam takich, które by świadczyły o tym, że Niemcy przed 1943 rokiem wiedziały cokolwiek na temat losów ofiar Zbrodni Katyńskiej. Innymi słowy, że byłaby możliwa jakaś wzajemna współpraca. Wręcz przeciwnie, we wspomnieniach rodzin mieszkających na terenach włączonych do III Rzeszy pojawiają się informacje o tym, że władze niemieckie poszukiwały jeńców czy aresztowanych na terenie ZSRR. Prawdopodobnie ich nazwiska znalazły się także na listach proskrypcyjnych, z którymi Niemcy wkraczali na ziemie polskie, a które się nie zachowały. Wiemy, że Niemcy poszukiwali m.in. oficera wywiadu kpt. Józefa Bocheńskiego, jeńca obozu kozielskiego czy st. przod. PP Konstantego Gruntmejera, przod. PP Edmunda Gronkiewicza, jeńców obozu ostaszkowskiego.

Które z historii poruszyły Panią najbardziej?

Tak naprawdę wszystkie są poruszające. To są historie, których się nie zapomina. Mówi się, że statystyka potrafi przesłonić wszystkie, nawet najbardziej dramatyczne losy, ale Zbrodni Katyńskiej nie sposób sprowadzić do „pustej liczby” ponad 21 tys. osób. To wciąż wymagająca przypominania i odkrywania historia co najmniej 21 768 zamordowanych i ich rodzin. Przecież także bezdzietni kawalerowie mieli swoich bliskich – rodziców czy rodzeństwo, którzy w czasie II wojny światowej doświadczyli represji. O tym nie można zapominać.

Przywołam jedną z historii, która pokazuje dramat tamtych czasów. W lutym 1940 deportowano rodzinę Władysława Rybińskiego. Na zesłaniu jego nieaktywna wcześniej zawodowo żona, Stefania, musiała pracować za siebie i córkę Helenę, która nie potrafiła wyrobić normy. A kto nie wyrabiał normy, nie otrzymywał przydziału żywności, więc dwie głodowe racje kobieta dzieliła między siebie i dwójkę dzieci. Właściwie, jak wiele matek-Sybiraczek, nie jadła, po to, żeby wyżywić dzieci. Sytuacja rodziny była naprawdę dramatyczna. Podupadająca na zdrowiu Stefania, w przeciwieństwie do większości wdów katyńskich zesłanych z małymi dziećmi, po ogłoszeniu amnestii zdecydowała się opuścić miejsca zesłania, aby udać się do punktu formowania Armii Polskiej. Wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, rodzinie grozi śmierć z wygłodzenia i wyczerpania. Stefania nie miała pieniędzy, by opłacić jakikolwiek transport, dlatego wraz z dziećmi przebyła wiele kilometrów na piechotę. Podróżowała też pociągiem na gapę. Wyrzucana z wagonu, szukała miejsca w kolejnym – choćby tylko przejechać kilka kilometrów. I tak dotarła do obozu dla cywilów w Guzar. Aby mieć możliwość opuszczenia „sowieckiego raju”, zdecydowała się wysłać córkę do szkoły dla młodszych ochotniczek. Doszła też do wniosku, że synek Antoś będzie miał lepsze warunki w sierocińcu. Podjęła więc najtrudniejszą dla matki decyzję – o rozdzieleniu rodziny. Oddała chłopca do sierocińca prowadzonego przez PSK. Nie mogąc go częściej widywać, opiekę nad nim powierzyła córce. Wbrew temu, co uważała, w obozie dla junaków warunki żywieniowe wcale nie były dobre. Skromne porcje Helena niemal zawsze odkładała dla brata i matki, udając przed nimi, że to resztki ze zbyt sytych posiłków. Gdy matka w końcu dowiedziała się o złych warunkach w sierocińcu oraz o tym, jak ciężko chłopiec przeżywa rozstanie, zdecydowała się zabrać go do obozu. Chociaż dotychczas to ona dzieliła się swoimi racjami żywnościowymi z dziećmi, całkowicie bezradna, musiała zobowiązać Helenę do dzielenia się przydziałem jedzenia z nią i z Antosiem, mimo że było to równoznaczne z tym, iż jej córka będzie niedożywiona. Przed przeniesieniem obozu junaczek do Kitaby, podczas pożegnania z córką na cmentarzu (cywile nie mieli wstępu do obozu junaków), wycieńczona Stefania przeczuwając, że to ich ostatnie spotkanie, prosiła Helenę, aby opiekowała się Antosiem. Kobieta zmarła na czerwonkę zanim dotarła do portu w Pahlawi. Antosiem zajęli się rodacy. Trafił do sierocińca w Teheranie, a następnie w Isfahanie, zaś chorą Helenę przemyciła na statek do Pahlawi dyrektorka obozu, pani Kościłkowska. To krótkie streszczenie nie oddaje nawet w części dramatycznej opowieści Heleny Rybińskiej, przekazanej do Muzeum Katańskiego. W publikacji cytuję tylko fragmenty, ale mam nadzieję, że kiedyś te wspomnienia będą szerzej dostępne, bo czytając je ciężko pozostać obojętnym, tak głęboko zapadają w pamięć.

Wspominała Pani, że do tej pory nie podjęto tematu rodzin ofiar katyńskich, dlaczego?

Przede wszystkim z tego powodu, że historycy zajęli się tym, co uznali za ważniejsze, czyli losami samych zamordowanych. Dopiero inicjatywy zapoczątkowane przez rodziny ofiar zwróciły uwagę badaczy na szerszy kontekst tej zbrodni i jej dalszych konsekwencji. Dzieci wdów katyńskich zaczęły w końcu mówić głośno o wojennym okrucieństwie, często w kontekście bohaterstwa swych matek – wdów katyńskich. Wydano poświęcone im wspomnienia, ukazało się też kilka monografii, jak chociażby prof. Teresy Kaczorowskiej czy Krzysztofa Łagojdy, ale zawsze były to prace pokazujące los pojedynczych rodzin czy znacznie mniejszej (choć reprezentatywnej) grupy. Przebadane przeze mnie 900 rodzin to też niewielka próba, w stosunku do ponad 21 tysięcy, jakie dotknęła ta zbrodnia.

Nie zawsze udaje się ustalić losy bliskich zamordowanych. Nie znamy też tożsamości wszystkich ofiar, ale uważam, że takie przypomnienie i ukazanie ich historii na tle doświadczeń wojennych obu okupacji, było potrzebne i może doczeka się rozwinięcia w sposób bardziej systematyczny, przerastający ramy publikacji książkowej.

Represje stosowane przez okupanta były jednym z ważnych elementów polityki eksterminacyjnej. Jak ona przebiegała?

W okresie II wojny światowej zarówno Niemcy, jak i Sowieci stosowali wobec ludności polskiej politykę opresji. Prowadzili eksterminację elit państwowych i inteligencji, do których naturalnie zaliczano rodziny oficerów Wojska Polskiego oraz urzędników, w tym funkcjonariuszy organów policyjnych II Rzeczypospolitej. Wiele rodzin katyńskich doświadczyło represji w ramach Intelligenzaktion i Akcji AB.

Na terenach zajętych przez Niemców, zwłaszcza na ziemiach włączonych do III Rzeszy już na początku okupacji, rodziny jeńców i więźniów doświadczyły rewizji w poszukiwaniu ojca, męża, brata, który nie wrócił z wojny, a ze względu na działalność przed wojną był poszukiwany przez władze okupacyjne. Wiele rodzin jeszcze przed akcjami wysiedleńczymi straciło mieszkanie czy dom zajęty przez oficerów i urzędników niemieckich. W okresie powszechnego terroru niemieckiego wobec ludności cywilnej codziennością, również dla członków rodzin katyńskich, stały się łapanki i wywózki na roboty przymusowe do Rzeszy, uliczne egzekucje, aresztowania i obozy koncentracyjne, a także holocaust.

Skala represji wobec rodzin pod okupacją sowiecką wydaje się większa niż pod okupacją niemiecką. Wynikało to z przynależności członków rodzin katyńskich do takiej lub innej klasy społecznej, np. posiadaczy gospodarstw rolnych na depolonizowanych przez Sowietów Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Los rodzin katyńskich pod okupacją niemiecką zdeterminowany jest tak naprawdę przez postawę członków rodzin, jaką przyjęli wobec okupacji. Czy było to bierne czekanie na to, co przyniesie los, czy też zaangażowanie w konspirację zbrojną, niepodległościową, czy opór cywilny. Oczywiście, część rodzin katyńskich starała się unikać ryzyka, ukryć się w miarę bezpiecznym miejscu i tak doczekać końca wojny, powrotu swoich bliskich z niewoli sowieckiej. Warto podkreślić, iż wiele spośród tych osób, korzystając z większych możliwości organizowania konspiracji, wybrało postawę bardziej aktywną. Kierując się tymi samymi wartościami, co ich bliscy, ofiary Zbrodni Katyńskiej, angażowali się w działania ruchu oporu, mając świadomość ryzyka dodatkowych represji.

Ogłoszenie przez Niemców informacji o odkryciu masowych grobów w Katyniu w żaden sposób nie poprawiło losu członków rodzin katyńskich, które znajdowały się wówczas na terenie okupacji niemieckiej. Jeżeli przebywali w aresztach, nie przerywano wobec nich śledztwa, nie zwalniano z więzień czy obozów, nie próbowano ich skłonić do zaangażowania w niemiecką machinę propagandową wokół ujawnionej zbrodni za cenę wolności – ocalenia. Nie nakłaniano ich również do podpisywania volkslisty w celu poprawy sytuacji ekonomicznej. Nie wyłączano ich z łapanek, nie zaprzestano wysyłania na roboty przymusowe do Rzeszy, nie wyłączano ich z obowiązku pracy na rzecz władz okupacyjnych.

W tym roku przypada 80. rocznica Zbrodni Katyńskiej. Jak Pani, jako badaczka tematu, podchodzi do jej obchodów?

Obchody rocznicowe zostały zainaugurowane w marcu, ale w tym roku Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej, z oczywistych względów, będzie szczególny. Nie odbędą się tradycyjne uroczystości pod pomnikiem Poległych Pomordowanych na Wschodzie, w Muzeum Katyńskim czy inne wydarzenia o charakterze naukowo-edukacyjnym. Cała aktywność przeniosła się do sieci. Jeszcze w lutym tego roku Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia uruchomiło stronę katynpromemoria.pl. Wszystkim polecam „wirtualny spacer” po Cmentarzu Katyńskim za pośrednictwem tej witryny. Chociaż nawigacja możliwa jest tylko przez kilka punktów na terenie cmentarza, prezentowane filmy są naprawdę warte uwagi. Bliscy zamordowanych, którzy w tych dniach odwiedzali symboliczne groby czy Dolinkę Katyńską na Powązkach, mogą zapalić na stronie „wirtualne światełko pamięci” przy nazwisku zamordowanego. Myślę, że to piękna inicjatywa, zwłaszcza w kontekście dzieci katyńskich, których wiek czy stan zdrowia nie pozwala na podróż do miejsca pochówku ojca. Mam nadzieję, że doczekamy się wkrótce opublikowania materiałów z trzech pozostałych cmentarzy wojennych: w Bykownii, Charkowie i Miednoje.

Sprawa Katynia uwikłana jest w kontekst relacji polsko-rosyjskich. Jakie znaczenie dla naszych współczesnych stosunków ma upamiętnienie tej rocznicy?

Sprawa katyńska kładzie się cieniem na polsko-rosyjskie stosunki polityczne. Nieudostępnienie przez Moskwę pełnych akt śledztwa katyńskiego i brak konsensusu odnośnie do kwalifikacji Zbrodni Katyńskiej, to kwestie nieakceptowalne z punktu widzenia polskiej racji stanu. Jako niebezpieczne dla pamięci o zbrodni i ofiarach postrzegane są pojawiające się w Rosji głosy, które przeczą sowieckiej odpowiedzialności za zbrodnię. Chociażby te negujące fakt, że w Miednoje zostały ukryte zwłoki polskich jeńców wojennych zamordowanych w Kalininie. W sprawie upamiętnienia Katynia sami mamy sobie wiele do zarzucenia, dlatego zamiast pielęgnować spory międzynarodowe, trzeba szukać płaszczyzn współpracy i porozumienia, nawet w tych najmniejszych przedsięwzięciach.

Katyń jako pewien symbol funkcjonuje w przestrzeni politycznej. Jednak pamięć historyczna o Zbrodni Katyńskiej powinna być ponad wszelkimi podziałami. Tymczasem sprawa Katynia czy obchody kolejnych rocznic stały się od samego początku upolitycznione. Skutkowało to podziałami w społeczności rodzin katyńskich. Dodatkowo część rodzin straciła bliskich w katastrofie pod Smoleńskiem. Rozumiem zbieżność dat rocznic katastrofy lotniczej i Dnia Pamięci o Ofiarach Zbrodni Katyńskiej, ale historia powinna być wolna od obciążenia sporami politycznymi.

Czy właśnie dlatego Pani publikację można traktować jako nowe spojrzenie na to trudne doświadczenie historyczne nie tylko Polski, ale i świata?

Prezes Federacji Rodzin Katyńskich, wnuczka por. Bolesława Skąpskiego, zwykła mawiać, że Zbrodnia Katyńska to nie tylko historia z wielką polityką w tle, ale historia rodzin. Przyjmowane przez rodziny katyńskie swoiste strategie przetrwania antycypowały często wskazówki pozostających w niewoli lub aresztowanych mężczyzn, będących głową rodziny. Kobiety kierowały się wartościami wyniesionymi z domów rodzinnych, imponderabiliami mężów, niekiedy podejmując decyzje, których konsekwencje mogły realnie zagrozić im oraz ich dzieciom. W sytuacji ekstremalnej, jaką było zesłanie, kobiety nie zapominały o tych wartościach. Pozbawione mężów, stawały wobec konieczności podejmowania drastycznych wyborów o rozłące (czy to w wyniku oddania dzieci do sierocińca, gdzie miały zapewnione wyżywienie, ale narażone były na szykany i sowietyzację, czy też rozłące wynikającej z formowania jednostek sił zbrojnych i możliwości włączenia się w walkę o przywrócenie niepodległości Ojczyzny). Niewyobrażalnie ciężką decyzją był też podział głodowych racji żywieniowych, co często skazywało najsłabszych członków rodziny na śmierć. Uderza determinacja, mobilność i odwaga, z jaką ofiary – a zwłaszcza wdowy katyńskie – podjęły walkę o życie własne i najbliższych w rzeczywistości tak odmiennej od tej sprzed września 1939 roku, w warunkach, do których po prostu nie były przygotowane. Ogromne wrażenie robi także skala pomocy udzielanej sobie nawzajem wobec masowych represji, doświadczanych przez rodziny ofiar Zbrodni Katyńskiej, siatka kontraktów i wsparcia, dzięki którym możliwe było przekazywanie informacji o jeńcach wojennych i grożących represjach.

W naszym pojęciu członkowie rodzin katyńskich są bohaterami. Jesteśmy winni pamięć i sprawiedliwość dziejową nie tylko tym, którzy umierając w Katyniu, Charkowie, Kalininie, Bykowni, Kuropatach i innych wciąż nieznanych nam miejscach, myśleli o wolnej Polsce, ale i osobom skazanym na zapomnienie w przestrzeni publicznej. Jesteśmy również winni szacunek i uznanie ludziom, których wojenne losy również były bardzo dramatyczne, jednak podejmowali oni starania o zachowanie pamięci o ofiarach w dobie komunistycznego zakłamania, a więc przede wszystkim członkom rodzin katyńskich. Monografia stanowi skromną próbę opowiedzenia losów tych rodzin: są one nośnikami pamięci o zamordowanych, ale pragnę także, aby ich los nie pozostawał dłużej anonimowy.


Dr Joanna Kurczab –  autorka publikacji naukowych i popularnonaukowych dotyczących Zbrodni Katyńskiej (m.in. współautorka książki „...wierzymy mocno, że wrócisz...”. Korespondencja wydobyta z dołów śmierci Charkowa i Miednoje ze zbiorów Muzeum Katyńskiego, Warszawa 2016) oraz zbrojnego podziemia niepodległościowego po 1945 r. Stypendystka Instytutu Pileckiego. W tym roku nakładem instytutu ukaże się jej publikacja Ofiary dwóch totalitaryzmów. Losy rodzin katyńskich pod okupacja sowiecką i niemiecką, która powstała w ramach pierwszej edycji projektu Polski wiek XX. Nowe perspektywy.


Polski wiek XX. Nowe perspektywy to projekt skierowany do badaczy XX-wiecznej historii Polski, reprezentujących różne dyscypliny naukowe. Jego celem jest inicjowanie nowych badań oraz prezentacja ich wyników w atrakcyjnej formie. W ramach półtorarocznego projektu powstają prace, które podejmują wielorakie tematy: pomijane lub niedostatecznie uwzględnione w dotychczasowych badaniach, niekiedy trudne i kontrowersyjne, często wymagające syntetycznego, porównawczego lub problemowego podejścia. Publikacje zostaną następnie wydane nakładem instytutu.

Zależy nam na książkach nie tylko rzetelnie udokumentowanych, w których stawiane są nowe pytania i proponowane oryginalne interpretacje. Pragniemy również, by publikacje te były ciekawie napisane i mogły zwrócić uwagę szerokiego grona odbiorców. Chcielibyśmy ponadto, aby głos polskiej humanistyki był obecny w światowej dyskusji o historii XX wieku. Z tego powodu planujemy przekład najlepszych prac na język angielski i ich wydanie za granicą. Owocem pierwszej edycji programu jest pięć książek, które ukażą się w 2020 roku.

Zobacz także