Ojciec bardzo dobrze znał Rosjan – wywiad z Anną Marią Anders

15 września 2017
 Anna Maria Anders, fot Aleksandra Szmigiel-Wisniewska/REPORTER
Anna Maria Anders, fot Aleksandra Szmigiel-Wisniewska/REPORTER

Im więcej się o nim dowiadywałam, tym zyskiwałam do ojca coraz większy szacunek. Oczywiście, zawsze go uwielbiałam, ale jako wspaniałego człowieka. Nie doceniałam go jednak w takim stopniu, na jaki naprawdę zasługiwał. Teraz, jeżdżąc po świecie, spotykam się z ludźmi, którzy podchodzą, dotykają mnie i mówią, że jestem dla nich legendą, bo jestem córką gen. Andersa, a oni żyją właśnie dzięki niemu – mówi minister Anna Maria Anders w wywiadzie z Michałem Płocińskim.

Michał Płociński: Już 29 września 1939 r. gen. Władysław Anders, pani ojciec, znalazł się w sowieckiej niewoli, dwukrotnie postrzelony na Węgrzech przez Ukraińców trafił do lwowskiego szpitala pod nadzorem NKWD. Czy często wspominał później czas, który spędził w sowieckich więzieniach między 1939 a 1941 r.?

Anna Maria Anders: Ojciec bardzo mało ze mną rozmawiał na temat wojny i spraw wojennych. Kiedyś myślałam, że to dlatego, że byłam dzieckiem, ale potem wyszłam za mąż za wojskowego, Amerykanina Roberta Costę – pułkownika wojsk amerykańskich, który był w Wietnamie, i on też niewiele mówił o wojnie. Najwięcej o losie ojca dowiedziałam się od mamy, Ireny Anders. Opowiadała mi o czasach, gdy siedział w więzieniu we Lwowie. Po raz pierwszy Lwów odwiedziłam trzy lata temu; zaprowadzano mnie pod więzienie, bo ono nadal tam jest. Stamtąd ojca przenieśli na Łubiankę, czyli do moskiewskiego więzienia NKWD. Okazało się, że to było jakieś przeznaczenie, bo przecież gdyby nie siedział na Łubiance, to zginąłby w Katyniu. Musiał być bardzo dzielny, że przeżył Łubiankę; spędził tam półtora roku. Ojciec był ranny 8 razy, siedział 22 miesiące w sowieckich więzieniach. Przetrwał to wszystko, bo jego przeznaczenie było inne. Wyszedł z Łubianki i uratował przeszło 120 tys. osób.

Jeszcze we Lwowie odmówił przyjęcia przywiezionej z Paryża instrukcji gen. Kazimierza Sosnkowskiego w sprawie powołania do życia Związku Walki Zbrojnej. Wcześniej w trakcie kampanii wrześniowej odmówił też gen. Tadeuszowi Kutrzebie wykonania rozkazu obrony skraju Puszczy Kampinoskiej, obawiając się zbyt dużych strat w ludziach. Znając ojca, jak pani myśli, z czego mogła wynikać ta niesubordynacja?

Ojciec zawsze był był bardzo racjonalny. Nawet zarzucano mu, że za bardzo, szczególnie w kontekście powstania warszawskiego, które oceniał bardzo krytycznie… Zawsze mi tłumaczył, że dowódca powinien myśleć o tym, czy ma w ogóle szansę wygrania. Jeśli nie ma takiej szansy, to nie powinien stawać do walki. Uważał, że powstanie warszawskie to będzie samobójstwo, a po co niszczyć miasto? Ojciec bardzo dobrze znał Rosjan, wręcz lepiej niż ktokolwiek inny, był przecież oficerem w czasach carskich, świetnie mówił po rosyjsku. Nie wierzył, że Rosja pomoże Polsce. I miał rację. Moim zdaniem, Ojciec był świetnym dowódcą i wszyscy, którzy go dobrze znali, za takiego właśnie go mieli.

A czy opowiadał pani o organizowaniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR?

Trochę opowiadał, ale zdecydowanie więcej dowiedziałam się o tym teraz, przez ostatnie lata, będąc w Polsce. Jako nastolatka, oczywiście, czytałam książkę ojca pt. „Bez ostatniego rozdziału: wspomnienia z lat 1939-1946” i Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi”. Ale były to dla mnie po prostu książki historyczne. Dopiero w 2011 r. zostałam zaproszona przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych do Tockoje, gdzie powstała Armia Andersa. To było jakieś pole, na wzgórzu stał pomnik i nie było nic dookoła. Potem odwiedziłam Buzułuk, gdzie rezydował sztab formującej się armii. I tam w budynku dowództwa posadzono mnie w pierwszym rzędzie. A później pokazano mi zdjęcia sztabu sprzed 70 lat i zobaczyłam ojca, który siedział dokładnie w tym samym miejscu co ja. Przeszły mnie ciarki… Wyobrażałam sobie, że tak naprawdę wcale nie kultywuję pamięci o nim. A przecież wszędzie jest ta pamięć: cmentarze, pomniki…

Słyszałam dość dużo opowieści od mamy, bo żyła ona o wiele dłużej od ojca. Byłam zafascynowana tym wszystkim. Prawdopodobnie w tym Buzułuku to był właśnie początek mojej kariery politycznej. Później im więcej się dowiadywałam, im więcej uczyłam się o tym wszystkim, tym zyskiwałam coraz większy szacunek do ojca. Oczywiście, zawsze go uwielbiałam, ale jako wspaniałego człowieka. Nie doceniałam go jednak w takim stopniu, na jaki naprawdę zasługiwał. Ciągle słyszałam „Monte Cassino, Monte Cassino”… Wszyscy mówili o tym Monte Cassino jako o wielkim zwycięstwie, ale przecież Armia Andersa to nie tylko ta bitwa. To, że ojciec uratował tyle osób, jest przecież jeszcze ważniejsze. Teraz, jeżdżąc po świecie, spotykam się z ludźmi, którzy podchodzą, dotykają mnie i mówią, że jestem dla nich legendą, bo jestem córką gen. Andersa, a oni żyją właśnie dzięki niemu.

Opowiadają pani, z jak wielkim heroizmem przedzierali się przez całą Rosję na punkty werbunkowe do Polskich Sił Zbrojnych?

Na każdym spotkaniu… W zeszłym tygodniu w warszawskim Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego odbył się wieczór „Polska Parada – Polish Parade”, ku pamięci artystów-żołnierzy II Korpusu – o teatrze przy Armii Andersa. Słuchałam przepięknych opowieści, pokazywano wspaniałe filmy. Ten rok jest dla mnie bardzo ważny, bo byłam w Iranie – tam, gdzie stacjonowała armia ojca. Widziałam dwa tysiące grobów w Teheranie. Byłam również w Izraelu.

A wracając do ZSRR, to cieszę się, że wiadomo coraz więcej o losach Polaków na Syberii. Ja daję z siebie wszystko, by promować tę historię. Przygotowaliśmy w zeszłym roku w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wystawę pt. „Szlak Nadziei”, o Armii Andersa. Otworzyłam ją później w kilku miejscach w Stanach Zjednoczonych i w Europie. 2 października pokażemy ją w amerykańskim Kongresie. To bardzo ważna, nieznana część polskiej historii. Niby się o tym mówi, ale o Monte Cassino też przez wiele lat się mówiło, ale nie mówiło przecież o gen. Andersie i jego armii, bo to nie było na rękę komunistycznej propagandzie. Tak samo było z losami Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, bo to przecież było bardzo niewygodne, by mówić, co Rosjanie zrobili Polakom. Mówiło się, co zrobili Niemcy… O ich obozach koncentracyjnych, zbrodniach. Ale nie o zbrodniach Rosjan, wciąż ludzie nie wiedzą zbyt wiele o deportacjach.

Na szczęście coraz więcej ludzi jest tym tematem zainteresowanych. Widzę o tym coraz więcej  książek, nawet po angielsku. Piszą też młodzi ludzi, którzy słyszeli te historie od babci czy ciotki, które przeszły przez Syberię. Byłam kilka dni temu na Marszu Sybiraka w Białymstoku. Poznałam masę osób naprawdę zaangażowanych. Niestety, tych najstarszych jest już bardzo niewielu, ale są, pozostając świadectwem tej strasznej historii.

Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami w ramach swojego projektu „Zapisy Terroru” publikuje zeznania ludzi, którzy przeszli szlak bojowy z Armią Andersa. Historycy je zebrali, opracowali, i przetłumaczone na język angielski udostępnili bezpłatnie w internecie. Jak ten projekt może wpłynąć na świadomość ludzi na całym świecie o historii II wojny światowej?

Jak najbardziej musimy promować swoje doświadczenie, bo mamy niebywałą historię. Ludzie na świecie po prostu nie zdają sobie sprawy, co przeżyliśmy. Gdy opowiadam o niej na Zachodzie, widzę, do jakiego stopnia moi rozmówcy nie zdają sobie z niczego sprawy. Miałam choćby spotkanie z biznesmenem ze Stanów Zjednoczonych. Spytał się mnie z jakiego okręgu jestem senatorem. Tłumaczę: Łomża, Augustów, Suwałki, okręg teraz znany jako tzw. east flank – wschodnia flanka NATO. Opowiadam, że dzięki wojskom amerykańskim czujemy się bardziej bezpieczni. Tłumaczę mu wszystko i mówię o deportacjach, że pierwsze były z tegoż okręgu. Patrzy na mnie, jak gdybym zwariowała… W końcu spytałam: czy pan w ogóle wie, że Niemcy w 1939 r. zaatakowały jako pierwszą Polskę? A on, że nie wiedział. To osoba około 50 lat, która ma eksponowane stanowisko. I on nawet tego nie wiedział.

Bardzo ważne dla naszego wizerunku na świecie jest to, by pokazać bohaterstwo Polaków. Przez wiele lat byliśmy usunięci w cień, świat nie dowiadywał się o naszych bohaterach. Mamy piękną historię. Musimy pokazywać zwycięstwa, nawet króla Jana III Sobieskiego, i dzielnych polskich żołnierzy. Wtedy młodzież będzie dumna z bycia Polakami. W ten sposób poprawiamy wizerunek Polski na świecie.

Ludzie na Zachodzie pytają się mnie, dlaczego tylu Polaków jest rozsianych po całym świecie. 20 mln na obczyźnie, to ogromna liczba. W samych Stanach Zjednoczonych mieszka 12 mln. I ludzie nie wiedzą, dlaczego tak wielu Polaków mieszka poza Polską… Myślę, że mamy dziś nieprawdopodobną możliwość opowiadania o naszej historii. I nie możemy tej szansy zmarnować. Mój syn, gdy czytał o historii na uniwersytecie w USA, to II wojny światowej w ogóle nie było w programie studiów! On wie o wszystkim ode mnie, ale na uczelni poznał historię jedynie Pearl Harbor, poza tym uczył się o Wojnie Secesyjnej, ale o Europie nic. Musimy sami opowiedzieć swoją historię.

Anna Maria Anders jest politykiem i działaczką polonijną, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnikiem premiera do spraw dialogu międzynarodowego, senatorem IX kadencji. Była przewodniczącą Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Wychowała się w Wielkiej Brytanii, kształciła się na University of Bristol, gdzie ukończyła filologię romańską, a także na amerykańskim Boston University, gdzie uzyskała tytuł MBA z ekonomii.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach
przeglądarki. Więcej informacji w Polityka prywatności strony.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl