Wydarzenie

02.06 godz. 12.00

Gala Virtus et Fraternitas 2021. Poznaj wszystkich odznaczonych!

Pałac Prezydencki Krakowskie Przedmieście 46/48, Warszawa

Prezydent Andrzej Duda wręczył medale obcokrajowcom, którzy w XX wieku nieśli pomoc polskim obywatelom: zarówno w czasach wojen, jak i pokoju. Odznaczenie - na wniosek Instytutu Pileckiego - przyznano osobom z Czech, Słowacji, Ukrainy, Węgier i Rumunii.

Czasy nie sprzyjały altruizmowi czy szlachetnym ideałom: dwie wojny światowe, rewolucje, czystki etniczne, prześladowania polityczne, zbrodnie dwóch totalitaryzmów. A jednak nawet w tak dramatycznych okolicznościach znaleźli się ludzie, którzy udzielali schronienia, dzielili się żywnością, zabiegali o lepsze warunki w obozach dla uchodźców, wystawiali fałszywe dokumenty chroniące przez aresztowaniami albo swoją niezłomną postawą narażali się na szykany komunistycznych aparatczyków. Nie tylko pomagali polskim obywatelom, ale w obliczu niebezpieczeństwa wykazywali się solidarnością z prześladowanymi, z którymi przecież więcej ich dzieliło niż łączyło: więzy krwi, narodowość czy wyznanie.

Medal Virtus et Fraternitas

Instytut Pileckiego ocala te historie od zapomnienia, sięgając do zeznań, wspomnień i setek urzędowych dokumentów. Analizuje i weryfikuje, poszukuje świadków, a także potomków tych, którzy pomagali oraz osób, jakie tę pomoc otrzymywały. Jak zauważył dr Wojciech Kozłowski, Dyrektor Instytutu Pileckiego: „Misja Instytutu Pileckiego w minionych miesiącach nie była łatwa. Pomimo trudności w docieraniu do rodzin i w pozyskiwaniu zagranicznych źródeł specjalny zespół niestrudzenie pracował nad dogłębnym oraz rzetelnym poznaniem historii kandydatów do odznaczenia. Efekty szeroko zakrojonych kwerend, konsultacji z ekspertami, strażnikami pamięci, stowarzyszeniami, rodzinami ocalonych i ratujących zostały przedłożone działającej przy Instytucie Radzie Pamięci”.

Po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady, Dyrektor Instytutu Pileckiego przedstawił Prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie wniosek o nadanie odznaczenia kandydatom z Czech, Rumunii, Słowacji, Ukrainy i Węgier. W uroczystości, która miała miejsce 2 czerwca w Pałacu Prezydenckim, uczestniczyły ich rodziny. „To moment ważny, kiedy można chociaż w ten symboliczny sposób podziękować tym, którzy umieli okazać cnotę i braterstwo w najtrudniejszych czasach, Virtus et Fraternitas. Kiedy świat ludzi żyjących w tej części Europy zetknął się z dwoma straszliwymi totalitaryzmami – niemieckim, nazistowskim i sowieckim, stalinowskim – a także wrogimi człowiekowi ideologiami, mimo wszystkich obaw, mimo racjonalności, która podpowiadała, żeby schować się i nie wykonywać żadnych gestów, bo tak będzie najbezpieczniej, byli tacy, którzy umieli wyciągnąć rękę do drugiego człowieka (...). Dostrzegali po prostu człowieczeństwo jako wartość samą w sobie, miłość bliźniego jako to naczelne przykazanie, które człowiek przyzwoity ma w sobie”, powiedział Prezydent, wręczywszy medale.

Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​
Zdjęcie: Marek Borawski/KPRP​

Instytut Pileckiego zgłosił do odznaczenia medalem Virtus et Fraternitas dziewięciu kandydatów:

 

► Maria Bazeluk (1903–1956) i Petro Bazeluk (1903–1949)

Petro Bazeluk

Mykoła Bazeluk mówił, że przed wojną na Wołyniu nie było różnicy, kto jest Ukraińcem, a kto Polakiem. Wszystko zmieniło się w 1943 roku, kiedy to, jak wspominał: „brat poszedł na brata”.

Mieszkał wtedy razem z ojcem Petro Bazelukiem, matką Marią i dwojgiem rodzeństwa w pobliżu wsi Butejki. Wojna trwała już cztery lata, a niemiecka polityka wykorzystująca niechęć Ukraińców do Polaków zaczęła przynosić krwawe żniwo. Do rodziny Bazeluków dochodziły wieści o masakrach polskich wsi na Wołyniu, przeprowadzanych przez Ukraińską Powstańczą Armię.

W lipcu 1943 roku ofiarą UPA padła Huta Stepańska. W trakcie masakry zginęła też żona Mieczysława Słojewskiego. On sam wraz synem Edwardem ocaleli i poszli ukrywać się do lasu. Narastające zimno, głód i strach przed Ukraińcami doprowadziły ich do granic wytrzymałości.

W listopadzie 1943 roku na Słojewskich natknął się w lesie ich dawny znajomy, Petro Bazeluk. Polacy wystraszyli się człowieka z siekierą w ręku. Wtedy Petro rzekł do Mieczysława: „Nie bój się, chodź ze mną”.

Bazeluk z pomocą żony Marii ukrył Polaków w stodole, gdzie mieszkali od listopada 1943 roku aż do kwietnia 1944 roku. Małżonkowie ryzykowali życiem swoim i swoich dzieci, Słojewscy nie zostali jednak zdemaskowani, mimo kilkukrotnych rewizji UPA w gospodarstwie. Bazelukowie zapewnili ukrywanym bezpieczeństwo oraz namiastkę domu. Maria nauczyła Mieczysława i Edwarda robić na drutach, dzięki czemu samodzielnie wykonywali rękawiczki, skarpetki oraz swetry dla siebie i swoich opiekunów.

Po wojnie Słojewscy wyjechali na Dolny Śląsk. Petro Bazeluk pozostał w Butejkach. W 1949 roku zastrzelił go sowiecki urzędnik za opór wobec przymusowej kolektywizacji.

 

► Ecaterina Olimpia Caradja (1893–1993)

Ecaterina Olimpia Caradja

Wydawany w Bukareszcie „Kurier Polski” w numerze z 3 grudnia 1939 roku był pełen niepokojących nagłówków: „Atak Sowietów na Finlandię”, „Cierpienia Polski. Rozstrzeliwania i deportacje”. Jeden tytuł dawał jednak nadzieję: „Pod opieką ks. Caragea. Dom dla dzieci i matek”. W artykule tym opisano los dzieci polskich uchodźców w Rumunii – „małych, drobnych, niewinnych istotek, które w zaraniu życia spotkał ciężki los tułaczy”. Na szczęście „znalazły tkliwą opiekunkę”, czyli księżną Ecaterinę Olimpię Caradję.

Rumuńska arystokratka i filantropka prowadziła charytatywne Stowarzyszenie Ochronek św. Katarzyny. Już 24 września 1939 roku udostępniła polskim rodzinom dwa budynki w Bukareszcie, w tym przestronny pawilon. Dzieci miały tam do dyspozycji pokoje przedszkolne, salę zabaw i czytelnię. Najmłodsi podopieczni księżnej mogli liczyć na cztery posiłki dziennie, od razu uruchomiono też polską szkołę. Schronienie znalazło tam 120 Polaków. Jako przedstawicielka Międzynarodowego Komitetu Pomocy Dzieciom Caradja rozprowadzała również odzież dla polskich dzieci w innych skupiskach uchodźców.

Księżna często zabiegała u władz rumuńskich o większe wsparcie dla przybyszów z Polski. Współpracowała też z Paulem Superem, nadzorującym amerykańską pomoc dla przebywających w Rumunii Polaków. Część z nich jeszcze w czasie wojny wyjechała z Rumunii do innych krajów, pozostali w 1945 roku wrócili do Polski.

W 1952 roku Caradja musiała uciec z komunistycznej Rumunii do USA. Do ojczyzny wróciła dopiero pod koniec życia. Z racji udzielania alianckim jeńcom pomocy w dalszej części wojny zwana była na Zachodzie „Aniołem z Ploeszti”. „Aniołem” była też dla polskich dzieci. „Energiczna, wiecznie uśmiechnięta, z dobrym słowem dla każdego, wysłuchująca z wyrozumieniem skarg ludzi znękanych nieszczęściem” – tak pisano o niej w „Kurierze Polskim”.

 

► Jenő Etter (1897–1973)

Jeno Etter

Burmistrz węgierskiego Ostrzyhomia otrzymał dziesiątki listów napisanych po polsku. O sympatii i wdzięczności polskich uchodźców świadczyły już same nagłówki: „Kochany Panie Kapitanie!”, „Drogi Panie Doktorze!”. Jenő Etter rozumiał je wszystkie. W czasie I wojny światowej służył na ziemiach polskich, gdzie został ranny. Widział zniszczenia pozostawione przez przechodzący front. Kiedy wybuchła kolejna wojna, nauczył się języka polskiego i ruszył Polakom z pomocą.

18 września 1939 roku Węgry otworzyły granicę dla polskich uchodźców, dzięki czemu do kraju napłynęło ich ponad 120 tysięcy. W Ostrzyhomiu powstał obóz internowania dla żołnierzy i cywili z Polski. Jenő Etter jako miejscowy prokurator, a od 1941 roku burmistrz tego miasta, aktywnie zabiegał o jak najlepsze warunki i zaopatrzenie dla polskich uchodźców. Oddał do ich dyspozycji miejski ośrodek wczasowy. Dzięki swojej pozycji i koneksjom osobiście ułatwił 5 tysiącom Polaków ucieczkę na Zachód i na Bliski Wschód, gdzie wstępowali oni do Polskich Sił Zbrojnych. Zbierał także materiały o ich życiu na Węgrzech, które wysyłał później do krajów alianckich, oraz ochraniał członków polskiej konspiracji. Po zajęciu Węgier przez Niemców w marcu 1944 roku wystawiał fałszywe dokumenty chroniące Polaków przed aresztowaniami, a także bronił Żydów, oficjalnie sprzeciwiając się utworzeniu getta w swoim mieście.

Za to wszystko Gestapo aresztowało Ettera 19 marca 1944 roku. Wysoko postawieni przyjaciele wydostali go jednak i wciągnęli do służby wojskowej. Skierowany na front wschodni, trafił do sowieckiej niewoli. Po wojnie József Antall, który razem z Henrykiem Sławikiem ratował na Węgrzech Polaków i Żydów, relacjonował: „Etter z zaangażowaniem i wielkim poświeceniem pomagał w kłopotach polskim uchodźcom. Wiązało się to z niemałym ryzykiem”. Gdy jednak dr Jenő Etter wrócił z sowieckiego obozu jenieckiego, władze komunistyczne zabroniły mu sprawowania funkcji publicznych. Do przejścia na emeryturę pracował jako portier.

 

► Petro Hrudzewycz (ur. 1939)

Petro Hrudzewycz

Petro Hrudzewycz sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Jako pracownik kołchozu we wsi Dytiatyn w obwodzie iwanofrankiwskim na zachodzie Ukrainy rozwoził ciężarówką okolicznych mieszkańców do pracy w polu.

Jednak w 1986 roku lokalni funkcjonariusze sowieccy wezwali Petra i rozkazali mu: „Trzeba zabrać krzyż i wywieźć. Albo w las, albo do rzeki”. Krzyż znajdował się na mogile niemal 100 żołnierzy Wojska Polskiego poległych pod Dytiatynem 16 września 1920 roku, którzy do końca bronili się przed bolszewikami w bitwie zwanej polskimi Termopilami.

Hrudzewycz odpowiedział aparatczykom: „Ja polskiego krzyża nigdzie nie wywiozę. Ani do rzeki, ani do lasu”. Mieszkańcy Dytiatyna pamiętali o poległych Polakach, co roku miejscowe dzieci składały tam kwiaty. „Ja się nie bałem. Chodzę do cerkwi, jestem osobą wierzącą” – wspominał Petro.

Władze do usunięcia krzyża ściągnęły więźniów kryminalnych. Trafił on na teren cerkwi w Dytiatynie. Za swój opór Petro został ukarany cięższą pracą w kołchozie. Przez kilka lat dzień w dzień jeździł po wsiach i ładował na pakę ciężarówki stulitrowe bańki mleka. Do czasu. „Przyjechał do domu w takim stanie, że musieliśmy go wyciągać z ciężarówki. Coś mu strzeliło w kręgosłupie. Potem trzy dni leżał w domu, a my z siostrą obracałyśmy go na materacu, bo sam nie dał rady się podnieść. Od tego momentu coraz bardziej upadał na zdrowiu. Było z nim tylko gorzej i gorzej…” – opowiadała Olha Hrudzewycz, żona Petra.

Rozległy uraz kręgosłupa sprawił, że Hrudzewycz na trwałe został inwalidą. Pomimo złego stanu zdrowia co roku uczestniczy jednak w obchodach rocznicowych bitwy pod Dytiatynem. Ocalony krzyż stoi dziś na placu przed miejscową cerkwią.

 

Anna Jelínková (1918–2009) i Jan Jelínek (1912–2009)

Anna Jelinkova i Jan Jelinek

W 1937 roku parafię ewangelicką w wołyńskim Kupiczowie objął Jan Jelínek. Młody pastor szybko zaskarbił sobie sympatię miejscowych Czechów, osiadłych tam od XIX wieku. W kazaniach głosił miłość bliźniego, niezależnie od jego narodowości, wiary i poglądów. Nie było to oczywiste, gdy nad Europą wisiała groźba wojny. Kiedy w końcu wybuchła, Jelínek postępował zgodnie z tym, czego nauczał – jak miłosierny Samarytanin.

Już w 1939 roku pastor udzielał schronienia polskim żołnierzom uciekającym spod okupacji sowieckiej do Rumunii. Gdy w roli okupanta Sowietów zastąpili Niemcy, włączył się w pomoc Żydom – ukrywał ich w swoim domu oraz zawoził żywność do getta w Kowlu. „Pomagałem człowiekowi” – odparł Jelínek, kiedy niemiecki oficer groził mu śmiercią za ratowanie Żydów. W jego działalności wspierała go żona Anna, którą poślubił w 1942 roku. W trakcie rzezi wołyńskiej małżonkowie dawali schronienie Polakom ze wsi, które padły ofiarą napaści ukraińskich nacjonalistów. Za przykładem pastora poszli jego czescy parafianie, dzięki czemu Kupiczów stał się azylem dla wielu Polaków uciekających przed UPA. Po wyparciu Niemców przez Sowietów w 1944 roku Jelínek wystawiał fałszywe metryki osobom zagrożonym aresztowaniem przez NKWD.

Łącznie w czasie wojny Jelínkowie ocalili ponad 40 osób, w większości obywateli przedwojennej Polski: żydowskie rodziny Fischerów i Fronków, polską rodzinę Siekierskich oraz Feliksa Zubkiewicza, którego bliscy zginęli z rąk UPA, a także ukraińską rodzinę Łuciuków.

Jelínkowie opuścili Wołyń w szeregach Korpusu Czechosłowackiego walczącego u boku Armii Czerwonej. Po wojnie osiedli w Oračovie w zachodnich Czechach. Jan, prześladowany za swoje przekonania przez władze komunistycznej Czechosłowacji, podupadł na zdrowiu, lecz ostatecznie oboje małżonkowie dożyli sędziwego wieku.

 

Žofia Lachová (1907–1979) i Jozef Lach (1905–1993)

Zofia Lachova i Jozef Lach

W październikową noc 1939 roku do domu Jozefa i Žofii Lachów w Popradzie na Słowacji zapukało czterech mężczyzn. Przybyli zza górujących nad miastem Tatr, z okupowanej Polski. Przekazali Jozefowi list polecający od jego dobrego kolegi, Jozefa Kertésza. Prosił on w nim Lacha, który był taksówkarzem, żeby przewiózł polskich lotników w stronę węgierskiej granicy. Tak Lach zaczął pomagać Polakom, którzy chcieli przedostać się przez Słowację na Węgry. Uchodźców przybywało w takim tempie, że do pomocy zaangażował swoich kolegów, innych taksówkarzy. Wkrótce zaczął kursować również w drugą stronę i przewoził kurierów i działaczy podziemia pod polską granicę. Załatwiał też podróżującym fałszywe słowackie dokumenty.

Jozef zajmował się transportem, a jego żona Žofia zorganizowała w domu kryjówkę. Choć wychowywali dzieci i ryzykowali aresztowaniem przez zależne od Niemców władze słowackie, przyjmowali polskich przybyszów jak członków rodziny.

Z czasem Lachowie zdobyli zaufanie Józefa Krzeptowskiego, „króla kurierów tatrzańskich”. Gdy jego żonie, teściowi i szwagrowi groziło aresztowanie przez Niemców, Jozef przerzucił ich przez granicę do Popradu. Przez kilka miesięcy ukrywali się oni w domu Lachów, dzięki czemu przeżyli. Z czasem Polacy zaczęli nazywać to miejsce „hotelem dla kurierów”.

Jozef wpadł tylko raz, gdy latem 1943 roku pod wsią Veľká Franková słowaccy żandarmi zablokowali mu drogę. Polacy i eskortowany przez nich brytyjski agent zdążyli wyskoczyć z taksówki, lecz Jozef z synem trafili do aresztu. Tylko dzięki dobrej woli komendanta nie zostali przekazani Gestapo i wyszli na wolność.

Swoją ofiarnością i odwagą Jozef i Žofia Lachowie ocalili wielu Polaków, a obsługiwany przez małżonków szlak przerzutowy do Polski działał niemal do końca wojny. Małżonkowie byli później nominowani do polskich odznaczeń, lecz komunistyczna Czechosłowacja nie podjęła współpracy w tej kwestii.

 


Więcej o losach wszystkich osób odznaczonych dotychczas medalem Virtus et Fraternitas dowiesz się tutaj.