Powieść o odebraniu nadziei. „Zgliszcza” Piotra Zaremby

18 lipca 2017

fotorzepa-stanislawski-slajd

„Zgliszcza” ukazują istotę powojennej polskiej tragedii: wszyscy, którzy usiłują przeciwstawić się władzy komunistów, są od początku skazani.

Sporo już napisano o tym, że „Zgliszcza” są odkrywaniem literackiej terra incognita. Niezależnie od tego, ile opublikowano w ostatnich latach badań na temat aktywności Polskiego Stronnictwa Ludowego w pojałtańskiej Polsce, działalności Mikołajczyka i „przepływu” osób, środków i poparcia między PSL a WiN i innymi środowiskami postakowskimi – powieść Piotra Zaremby może skuteczniej niż wiele publikacji akademickich przyczynić się do zmiany świadomości.

Ma to znaczenie dla, mówiąc uczenie, „dywersyfikacji wzorów postawy obywatelskiej”  w sytuacji, gdy w ostatnich latach mamy do czynienia z popkulturowym uproszczeniem narracji o „żołnierzach wyklętych”, nie trzeba może jednak posuwać się tak daleko: idzie o odzyskanie pamięci. Odzyskali ją, po trwającej przez pokolenie batalii, żołnierze AK i wolontariusze Państwa Podziemnego, ofiary sowieckich zsyłek i łagrów, ludzie prześladowani w Marcu ’68, opozycja i konspiratorzy ostatniej dekady PRL. „Zgliszcza” mają szansę tak naprawdę po raz pierwszy uczynić szeregowych działaczy PSL bohaterami wyobraźni zbiorowej.

Szeregowych działaczy – bo obraz kierownictwa partii ludowej, za wyjątkiem może Hanny Chorążyny, odmalowany jest przez Piotra Zarembę bardzo niejednoznacznie: nie jest to w żadnym razie prosta apologia. Wynika to jednak nie z przekonań czy z sympatii, a z metody pisarskiej: literacka rekonstrukcja (i, co tu kryć, po trosze, mimo zakorzenienia książki w źródłach historycznych, także kreacja) jakiej podjął się Zaremba uwzględnia, w znacznie większym stopniu niż ma to miejsce w klasycznych „historiach politycznych”, wymiar psychologiczny, ambicjonalny, ludzki. W żadnej z akademickich historii PSL nie mielibyśmy szans przeczytać o przedwojennych jeszcze zaszłościach i urazach działaczy, o małych „psychomachiach”, które nagle wybuchają w gronie najbliższych współpracowników Mikołajczyka, o jego ambicjach i fochach.

Nie tylko zresztą PSL: w „Zgliszczach” mamy kilkanaście poprawnych, wyrazistych portretów komunistów (Gomułka. Bierut), Stanisława Grabskiego, Zygmunta Żuławskiego i kilka, które są wynikiem wielkiej intuicji: Luny Brystygierowej, Zofii Nałkowskiej, Jakuba Bermana. Ale także postaci drugoplanowych: Zygmunta Augustyńskiego, redaktora naczelnego PSL-owskiej „Gazety Ludowej” czy na poły tylko fikcyjnego sędziego Stanisława Jarosza. Będę miał jeszcze okazję dzielić się poniżej moimi przypuszczeniami w kwestii różnych wzorów literackich autora, tu napiszę żartem: przy pisaniu „Zgliszcz” inspiracją dla Piotra Zaremby mogły być również „Dzieje polityczne Stanów Zjednoczonych” niejakiego Piotra Zaremby, których trzeci tom ukazał się w ubiegłym roku.

Żartem – bo w przypadku, gdy mamy do czynienia z jednym autorem, nie sposób przecież mówić o inspiracji, lecz o warsztacie. Tyle, że książki te należą do tak odrębnych porządków, iż pilni studenci amerykanistyki i politologii, czytający o Theodorze Roosevelcie, niekoniecznie sięgną po „Zgliszcza”. I vice versa – kto czyta głośną powieść i opłakuje skutki jałtańskiego dealu F.D.Roosevelta ze Stalinem, wcale nie musi interesować się dość egzotyczną jednak dla Polaka genezą New Dealu. Znając zarówno „Zgliszcza”, jak i cykl amerykański, widzę, jak są podobne w założeniu, że motywacje ludzkie są zwykle wieloczynnikowe, a w przypadku interakcji wielu osób, z czym mamy zawsze do czynienia w polityce, ostatecznie podejmowane decyzje są wypadkową niezwykle wielu zmiennych. Sposób, w jaki Zaremba ukazuje kolejne poziomy uwarunkowań, stojących za pojedynczym aktem politycznym, ma swoich licznych oponentów, którzy uważają tę metodę za „dzielenie włosa na czworo”. Ja należę do jej entuzjastów.

Pozostańmy więc przy tym, że „Zgliszcza” są powieścią oferującą wgląd w niejednoznaczne, zakorzenione we własnej, rodzinnej i szerszej historii inspiracje poszczególnych bohaterów. W powieściach politycznych postacie często opisywane są na kształt behawioralnych automatów: w „Zgliszczach” mamy szanse dowiedzieć się wiele o motywacjach redaktorów, polityków, zradykalizowanych nastolatków. Być może widzenie przeszłości, która stoi za każdą ludzką decyzją, łatwiej przychodzi historykom. Choć wypada się zastrzec, że jest to tylko wgląd: w powieści Zaremby nie mamy do czynienia z rozbudowanymi „portretami psychologicznymi” jak u Henry’ego Jamesa czy choćby (tu pozwolę sobie na drobną złośliwość) Zofii Nałkowskiej: to właśnie, podtrzymuję wybór tego określenia, wgląd, „insight”, uniesiona na chwilę zasłona.

To jednak wiąże się z konstrukcją i sposobem opisu postaci. Mimo że w „Zgliszczach” kilka osób dominuje w opowieści, a spoiwem książki pozostaje sędzia Jarosz, pojawiający się od pierwszej do przedostatniej sceny, nie mamy do czynienia z podręcznikowymi „bohaterami pierwszo- i drugoplanowymi”, którzy organizowaliby narrację.

„Zgliszcza” noszą podtytuł „Opowieści pojałtańskie”, można by go jednak w moim przekonaniu zmienić na „Migawki pojałtańskie”. Są trochę jak film poklatkowy: poszczególne ujęcia, „odsłony” spisywane są co kilka, kilkanaście dni; w momentach największego natężenia akcji (referendum, wybory 1947) – codziennie. To, co dzieje się między tymi ujęciami, zostaje pozostawione czytelnikowi do dopowiedzenia. Mógł to być sposób na uporanie się z erupcją wątków, których ogarnięcie i tak jest wyzwaniem. Można w tym jednak widzieć również sposób na ukazanie fragmentaryczności naszej wiedzy o tamtym czasie: niedopalone akta, spisywane po dziesięcioleciach relacje świadków, „ogłuszonych salwami i rozpaczą”, już nigdy nie ułożą się w spójną całość.

Aż dziwne, jak wiele udało się oddać z klimatu tamtego czasu, z „historii codzienności”. To jeszcze jedna zaleta tej książki: wypełnienie kolejnej luki. O tamtych dwóch-trzech latach, od 1945 do 1948 pisywano stosunkowo rzadko, a jeszcze rzadziej uczciwie. Sam autor przywołuje, jako jeden z przyświecających mu wzorów, praktycznie nieznane okupacyjne opowiadania Karola Pędowskiego. A jakie mogłyby się pojawić znane wzory? Wbrew opinii wielu, broniłbym „Popiołu i diamentu”: powieść skłamana politycznie, która odegrała ważną i nikczemną rolę w zafałszowaniu historii w powojennej Polsce, jest napisana z talentem, który nigdy nie opuścił Andrzejewskiego, i dziesiątki „petites histoires” – kształt flaszek wódki, popularność szklanek ze złotą obwódką, smak ceglanego kurzu, skłonność do biesiad pod hasłem „Przeżyliśmy” i chóralnym śpiewaniem „Czerwonych maków” znam właśnie stamtąd.

Znam opisy tego czasu także – sporządzam na gorąco wyliczenie – z kilku opowiadań Iwaszkiewicza, z „Pożegnań” Dygata, z zapomnianych dziś powieści dla młodzieży Haliny Snopkiewiczowej czy Haliny Rudnickiej. Był w nich wszystkich zgrzytający w zębach kurz i przedziwna atmosfera „przedwojenności w powojennym świecie”, zachowanej w strojach kobiecych, w formach towarzyskich, w doborze lektur spośród niespalonych, z konieczności „przedwojennych” książek – ale był i fałsz, mniej czy bardziej natrętnie wciskana politgramota. „Zgliszcza” opisują realia (drastyczną nędzę pierwszych miesięcy i zachłyśnięcie się pierwszą „małą stabilizacją”, tłumy wędrujące przez Wisłę i odgruzowanej Marszałkowskiej, restaurację z cichym wyszynkiem, whisky pojawiające się a sprawą anglosaskich dyplomatów), stanowiące gęste tło tragedii.

Ale tym, co stanowi o wadze „Zgliszcz” jest w moim przekonaniu przede wszystkim ukazanie tragedii: tego, że działacze i wyborcy PSL, którzy zawierzyli Mikołajczykowi, albo po prostu ulokowali w nim swoje nadzieje, są od początku skazani i przegrani – o czym doskonale wie dzisiejszy czytelnik. „My już jesteśmy umarli” – mówią Julian i Winston Smith w pisanym właśnie w latach referendum i wyborów „1984” Orwella, na chwilę przed aresztowaniem  przez Policję Myśli, w swoim gniazdku nad antykwariatem – i to samo mogliby powiedzieć wszyscy bez wyjątku pozytywni bohaterowie „Zgliszcz”. Polski dramat nie kończy się wraz ze skazanym na przegraną Powstaniem i usankcjonowaniem sowieckiego dyktatu w Poczdamie: trwa, ponad wszelką wytrzymałość, dalej.

W tym widzę największą zaletę powieści Zaremby: w ukazaniu dwóch najważniejszych chyba składowych polskiej kondycji pierwszych kilku powojennych lat: okrucieństwa i beznadziejności, w konfrontacji z którymi przegrywała (przynajmniej doraźnie) wierność.

Co ważne: oba te elementy są ukazane z wykorzystaniem narzędzi stricte literackich. Zbyt wiele zdarzyło się w ostatnich latach tekstów stawiających na każdej stronie kropkę nad i, zbyt wiele epatowania makabrą w scenach ubeckich tortur i potyczek w lasach. U Zaremby pokazane jest nie tyle fizyczne okrucieństwo, co brutalność, gotowość zastosowania przemocy. Opis większości scen przesłuchań, jak w dobrym filmie sensacyjnym, kończy się na domknięciu drzwi, na położeniu ręki na oparciu krzesła, na którym siedzi przesłuchiwany; fantazje Jakuba Bermana („Te długie, wąskie palce można połamać, trzasną paliczki jak zapałki”) pozostają – w warstwie opisanej – fantazjami. A zarazem Piotr Zaremba swoją powieścią polemizuje z tezą historyka Marcina Zaremby, autora ważnej książki „Wielka Trwoga. Polska 1944-1947” sugerującej powszechną, przekraczającą podziały polityczne, anomię i skłonność do okrucieństwa. Po części to prawda – takie było dziedzictwo wojny. Ale tylko jedna ze stron konfliktu gotowa była wyszukać ludzi, mających szczególną dyspozycję do praktykowania tego okrucieństwa i uczynić z niego narzędzie zdobycia władzy.

„Zdobycia władzy”: czekałem na możliwość użycia tej frazy. Bowiem, w moim przekonaniu, z którym być może nie zgodzi się autor, istnieje jedna książka, którą można uznać za pokrewną „Zgliszczom” bardziej niż kulawe próby opowiedzenia o Polsce powojennej Andrzejewskiego, niż odrobinę zbyt autobiograficzne zapiski Janusza Krasińskiego: to „Zdobycie władzy” Czesława Miłosza. Książka trochę niewygodna i zapomniana: sam autor twierdził wręcz, trochę kokieteryjnie, że pisał ją wyłącznie z myślą o zdobyciu nagrody Centre Européen de la Culture (co mu się zresztą udało), zapewniającej świeżemu uciekinierowi z bierutowskiej Polski minimalną niezależność finansową. Dla lewicy – zbyt brutalnie ukazująca cynizm polskich komunistów i ich absolutną zależność od Moskwy, dla prawicy – zbyt nieżyczliwa dla porte-parole Bolesława Piaseckiego, jakim jest powieściowy Michał Kamieński, zbyt wyrozumiała dla lewicowych inteligentów, niechętnych celebrom II RP, uznających konieczność historyczną. Dla wszystkich nieprzyjemna: sucha, brutalna, pozbawiona metafizycznej pauzy, pozostaje, razem z wydanymi onegdaj „Górami Parnasu” ślepym ogniwem miłoszowej ewolucji: a co by było, gdyby został powieściopisarzem politycznym?

Ja od lat słyszę w „Zdobyciu władzy” miłoszową dykcję, rozpoznaję w nim tropy, które wracać będą przez lata w jego najlepszych wierszach, od zgrzytu porcelany po smak jabłka jedzonego w ciemnościach. Gdybym był polonistą, miałbym materiał na tęgą rozprawę o analogiach między poszczególnymi frazami powieści i tomiku „Ocalenie”: mam nadzieję, że sporo takich prac powstało na seminariach. Miłosz, podobnie jak w tylu swoich dziełach,  połączył w „Zdobyciu władzy” dwie wydawałoby się sprzeczne perspektywy: wielkiego, choć po męsku powściągliwego współczucia i beznamiętnego opisu nieuchronności, Armii Czerwonej wpełzającej na ziemie polskie jak lodowiec. Piotr Zaremba, przy wszystkich różnicach perspektywy, stylu, konstrukcji, dzielących te dwie książki, również pozostaje we władaniu dwóch cichych greckich bóstw: Empatii i Ananke.

Piotr Zaremba, „Zgliszcza. Opowieści pojałtańskie”, Zysk i S-ka, 2017

862b1846c8e44c08b054418e759983a4

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach
przeglądarki. Więcej informacji w Polityka prywatności strony.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl