Kredowe epitafium

19 września 2017

fotorzepa-stanislawski-slajdNajwiększym dokonaniem generała Andersa okazało się coś, co można by określić modnym terminem „nation (re)building”: z tłumu upokorzonych zesłańców odtworzył II RP w miniaturze.

„Daviesowa gorączka” zbierała w Polsce najobfitsze żniwo w latach 80. i 90. Pierwsze, jeszcze przemycane egzemplarze „Bożego Igrzyska”, fragmenty publikowane w podziemnych oficynach, potem pierwsze legalne wydanie w „Znaku”, i rychło potem – kolejne tomy. Na ówczesny zachwyt składał się po trosze głód historii wielkiej i heroicznej, zaostrzony przez słynną krakowską wystawę „Polaków portret własny” Marka Rostworowskiego i niezaspokojony przez kolejnych kilkanaście lat. W znacznej części był to jednak również zachwyt tempem – nieporównanie żywszym niż ogromna większość polskiego pisarstwa historycznej, lekkością, w której Daviesowi dorównać by mógł jeden może Karol Zbyszewski. Ten jednak skupiał się na złośliwościach, gdy brytyjski uczony panuje nad syntezą, przerzucając mosty, dokonując karkołomnych porównań, stawiając dzieje na głowie.

Ci, którzy poznawali dzieje Polski i Europy pod gwiazdą Daviesa, sięgając po „Szlak nadziei”, mogą być zaskoczeni spowolnieniem zawrotnego tempa, do jakiego przyzwyczaił ich ten autor. Jest to opowieść z grubsza linearna, której oś narracji wyznaczają znane nam zwykle, przynajmniej w najgrubszym zarysie, dzieje „ludzi Andersa”: nóż wbity Polsce w plecy 17 września, aresztowania i zsyłki, cień ocalenia w lecie 1941, Kujbyszew, Katyń, Pahlavi, Persja – i tak aż po gorycz defilady 8 maja 1945.

To – relatywne, podkreślmy – spowolnienie tempa spowodowane jednak zostało samym zamysłem książki: stworzeniem opowieści wielogłosowej, skomponowanej z dziesiątków relacji wcześniej istniejących i spisanych na potrzeby obecnych wydawców, dodatkowo wzbogaconej o wyblakłe, połamane zdjęcia z prywatnych archiwów i nałożonych na nie świetnych, reporterskich zdjęć z dzisiejszego Iranu, Iraku, Palestyny. To pierwsze, czyli „antologia”, przypomina trochę dokonania niezrównanego w tworzeniu tego rodzaju wielogłosowych kolaży środowiska „Karty”. To drugie – „Teraz ’44. Historie”, głośny album Marcina Dziedzica i Michała Wójcika, gdzie z niezwykłą precyzją zestawiono znane z Powstania kadry z ujęciami tych samych ulic i zakątków Warszawy dziś.

Być może wszystkiego razem jest zbyt wiele: być może chciałoby się czytać trochę więcej Daviesa na trochę mniej kredowym papierze? W obecnym kształcie „Armię Andersa” kartkujemy co najmniej dwukrotnie – raz oglądając ją w trybie „albumowym”, raz smakując cała konstrukcję – zanim rozpocznie się nieśpieszną lekturę. Ta jednak oferuje wiele.

Wymienić trzeba, w pierwszej może kolejności, Daviesowski dar budowania opowieści w trybie „pars pro toto”, którym błysnął w niezrównany sposób, opowiadając dzieje Polski przy pomocy znaczków pocztowych w dzieje „Przed i po”. Również w tej opowieści, której rdzeń stanowią dzieje ofiar sowieckiej agresji, zdołał opowiedzieć niemal całość polskiego doświadczenia drugiej wojny. W sytuacji, gdy nasze pamięci często okazują się podzielone, rywalizujące, subiektywne, gdy o uwagę walczą Wrzesień nad Bzurą i Wrzesień nad Niemnem – wszelkie próby składania podobnych opowieści w jedną są wiele warte.

Istotne jest oczywiście opowiedzenie przez brytyjskiego historyka raz jeszcze o doświadczeniach granicznych, które stały się udziałem zesłańców i łagierników. To nie jest łatwa lektura – relacje sierot, opowieści o zniszczonych rodzinach, zdjęcia ciał w stanie atrofii. Tyle, że do doświadczenie nadal, mam wrażenie, nie zostało do końca przyswojone w polskiej pamięci zbiorowej: tuziny wydanych na początku lat 90., często dość amatorsko, relacji, dożywają dziś swoich dni w pudłach bukinistów, do podręczników zaś trafiają w pierwszej kolejności głośniejsze i bardziej heroiczne narracje.

Najważniejsze jednak w „Armii Andersa” wydaje mi się jeszcze coś innego: ukazanie, obok indywidualnych cierpień, smaku lokalnych odkryć, militarnego i politycznego wymiaru andersowskiej epopei – jej wymiaru społecznego. I nie chodzi mi w tym momencie tylko o sprawność oraz szerokość horyzontów, z jaką oficerowie i pracownicy cywilni sztabów stworzyli całe gigantyczne zaplecze socjalne, całą infrastrukturę kulturalną: szkoły, ochronki, sierocińce, biblioteki, teatry, harcerstwo i duszpasterstwo: stabilne struktury społeczne, które armia stworzyła dla dwukrotnie liczniejszej niż ona sama zbiorowości.

To wielkie dokonanie – inne, stokroć potężniejsze armie, z amerykańską na czele, uczą się tej sztuki do dziś. To, co udało się andersowcom na słonych pustyniach na przełomie 1942 i 1943 roku, było prawdziwym, by sięgnąć po anglicyzm, „nation (re)building”: odtworzeniem, z tłumu poniżonych dochodiagów, społeczeństwa II Rzeczypospolitej, z jego barwnością, wielojęzykowością, honorem, charmem i – zgoda – również wadami.

Miałem okazję napisać to już pisząc przed dwoma laty pierwszą, gorącą recenzję „Armii Andersa”, dziś pozostaje sięgnąć po autocytat: „Tak, jak II RP ukazała się u swojego początku od najwspanialszej strony, mobilizując wszystkie siły kraju w przeddzień Bitwy Warszawskiej – tak, zniszczona już za sprawą „czwartego rozbioru” nad Wartą i Niemnem, przetrwała jeszcze przez pięć lat w oddziałach, gdzie mimo szykan NKWD znalazło się miejsce dla batalionu Litwinów, duszpasterstwa grekokatolickiego i prawosławnego, wojskowych-rabinów i późniejszego premiera Izraela, Menachema Begina, dla teatrów, oficyny wydawniczej (z której wyrosła paryska „Kultura”), satyry politycznej i kronikarzy”.

Podpisuję się i pod resztą tego, co pisałem wówczas w „Plusie Minusie”: dokonanie tego w warunkach narzuconych przez Sowietów, kontrolujących całą rozgrywkę i planujących ją na kilka posunięć naprzód jest dokonaniem absolutnie bezprecedensowym. Jednoczesna kampania zaprzeczeń „w sprawie katyńskiej”, głodzenie „armii Andersa”, oskarżanie jej o bezczynność w posłusznych mediach Zachodu, prowokowanie do buntu, wreszcie utrudnianie rekrutacji poborowych innej narodowości niż polska – tak, to były gry operacyjne godne Sierowa. Zachowanie w tych okolicznościach przez generała Władysława Andersa zimnej krwi i ocalenie z domu niewoli ponad stu tysięcy osób czynią zeń bohatera niezwykłego formatu, zarazem biblijnego i westernowego. I nie, nie jest to zarzut.

Wojciech Stanisławski

Szlak_obw_druk_pol_frontNorman Davies, „Szlak nadziei. Armia Andersa: marsz przez trzy kontynenty”, Rosikon Press, Izabelin-Warszawa 2015.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach
przeglądarki. Więcej informacji w Polityka prywatności strony.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl