Ankieta: Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu || Agnieszka Kołakowska

23 sierpnia 2017
Agnieszka Kołakowska. Źródło: W drodze/Teologia Polityczna
Agnieszka Kołakowska. Źródło: W drodze/Teologia Polityczna

Na naszych „łamach” prezentujemy odpowiedzi na ankietę, do której zaprosiliśmy wybitnych intelektualistów – przedstawicieli świata nauki, kultury i mediów. Zapytaliśmy o znaczenie kategorii totalitaryzmu w badaniach historycznych i o jej współczesne odniesienia. Oto odpowiedzi przesłane przez Agnieszkę Kołakowską.

23 sierpnia obchodzimy Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu. Czy kategoria totalitaryzmu odgrywa dziś istotną rolę w międzynarodowej dyskusji o II wojnie światowej i wieku XX? Jak rzecz wygląda na płaszczyźnie akademickiej, a jak w debacie publicznej? Co z tego wynika i o czym to świadczy?

Europa, obchodząca ten dzień, wygląda (według Wikipedii) następująco: Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Bułgaria, Chorwacja, Węgry. I Szwecja, która przybłąkała się tu jako jedyny przedstawiciel Europy Zachodniej. Brak wprawdzie Czech, Słowacji, Albanii, Rumunii, Słowenii, Serbii, Montenegro i Ukrainy, wiec nie można powiedzieć, że pamięć trwa tam, gdzie doświadczyło się totalitaryzmu na własnej skórze, ale nieobecność krajów zachodnich jest uderzająca.

Już samo to jest wymowne – i samo odpowiada na (niezadane) pytanie o płaszczyznę polityczną. Co do akademickiej: na uniwersytetach nadal panuje zakaz łączenia dwóch totalityryzmów w jednym zdaniu. Tu nic się pod tym względem nie zmieniło i niewiele więcej nowego można powiedzieć – szkoda słów. Natomiast na płaszczyźnie publicznej opłakany stan wiedzy historycznej sprawia, że nikt nie wie, czym był – czym jest – totalitaryzm ani jak cechy totalitarne rozpoznać. Dla  pokolenia urodzonego w latach 2000 – nawet 1990 i 1980 – wojna jest czymś tak odległym jak imperium rzymskie. W szkołach dzieci uczą się o Hitlerze ale nie o Stalinie; we Francji jeszcze do niedawna uczono dzieci o sukcesach i rozkoszach sowieckiej kolektywizacji. W tej chwili przeczytałam w New York Times artykuł o tym, jak to „kobiety w bloku komunistycznym cieszyły się wieloma uprawnieniami i przywilejami, nieznanymi wtedy w liberalnych demokracjach: państwo hojnie inwestowało w ich edukację i kształcenie zawodowe, były w pełni częścią siły roboczej, dostawały sowite urlopy macierzyńskie i gwarantowaną i darmową opiekę nad dziećmi. Ale też miały lepsze życie seksualne”. Nie jest to dowcip ani parodia, podaję link:

https://www.nytimes.com/2017/08/12/opinion/why-women-had-better-sex-under-socialism.html?mcubz=0

O trzecim totalitaryzmie – to znaczy islamskim – oczywiście mowy być nie może, bo byłaby to islamofobia. Na lewicy teoria zawsze górowała nad praktyką; gdy do tego dochodzi całkowity brak wiedzy o historii XX wieku, nic dziwnego, że młodzi ludzie chcą głosować na Corbyna i chętnie chwalą Venezuelę jako cudowny system (teraz się okazuje, że nie był aż tak cudowny, ale to oczywiście dlatego, że nie był to prawdziwy socjalizm.) Nie mówiąc o tym, że można bezkarnie krzyczeć „Żydzi do gazu” na europejskich ulicach.

Co z tego wynika? Wynika z tego, po pierwsze, że – jak wiemy – kto nie pamięta historii, jest skazany ją powtórzyć. A po drugie, że powinniśmy poważnie się zastanowić nad emigracją do Nowej Zelandii. Albo – dla niektórych z nas – do Izraela. Póki jeszcze czas.

Na Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu wybrano rocznicę zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow, co podkreśla znaczenie doświadczenia Europy Środkowo-Wschodniej (zwłaszcza Polski) dla zrozumienia zjawiska totalitaryzmu. Czy to doświadczenie jest dziś składnikiem europejskiej i światowej pamięci na równi z doświadczeniami państw zachodnich? Dlaczego?

Odpowiedź jest łatwa i krótka: nie. Głównie dlatego, że nikt o tym nie słyszał. O Związku Sowieckim słyszeli głównie, że był przodujący w walce z faszyzmem. Dziś, kiedy na ustach młodych i lewicowych „faszyzm” znaczy: wszystko, z czym się nie zgadzam (albo, coraz bardziej, po prostu: wszystko, co mnie irytuje albo obraża w moim delikatnym jestestwie), a „antyfaszyzm” – wszystko, co w swojej bezdennej ignorancji popieram, równanie: faszyzm – złe, a zatem antyfaszyzm w każdej postaci – dobre, nie jest kwestionowane. Pamięć o dwóch totalitaryzmach XX wieku wymiera. Tym bardziej wygasa rozumienie zjawiska totalitaryzmu. Młodym ludziom brak dziś słów na określenie prawdziwie totalitarnych zjawisk: gdy wszystko, czego nie lubimy jest „faszyzmem”; gdy na uniwersytetach uprawia się polityczną indoktrynację, narzuca politykę tożsamościową i dopuszcza do głosu tylko jedynie słusznie poglądy, wypowiadane przez przedstawicieli jedynie słusznych mniejszościowych grup; gdy sprawiedliwość polega na przywilejach dla tych grup i kneblowaniu innych; gdy osoby wypowiadające wątpliwości co do lewicowo-liberalnych lub pseudo-naukowych “ustalonych prawd” (zwłaszcza antropogennego ocieplenia i korzyści płynące z  wpuszczania uchodźców) są coraz częściej uznawane za psychicznie chore albo, jeśli wypowiadają je w swoim miejscu pracy, wysyłane na obowiązkowe kursy „reedukacyjne” lub po prostu wyrzucane z pracy; gdy wszędzie są narzucane nowomowa i grupowe myślenie – z natury rzeczy nie mają oni i nie mogą mieć takiego zrozumienia.

W nazwie święta mowa jest o dwóch systemach totalitarnych i o pamięci ofiar. Jak opowiadać o systemie totalitarnym i totalitarnej ideologii, nie tracąc z pola widzenia osobistych losów ofiar i ocalonych? Jak oddać sprawiedliwość każdej z ofiar, nie pomijając kontekstu historycznego? Będziemy wdzięczni za przykłady takich przedsięwzięć – pozytywnych i/lub nieudanych.

Rozumiane prima facie pytanie to wydaje się nietrafne, bo żadnego problemu ani konfliktu tu nie ma: można z powodzeniem opowiadać o jednym i drugim i wiele świetnych prac o komunizmie i nazizmie tak właśnie robi. Przykład: niedawno wydana książka pt. The House of Government, o tak zwanym „domu na nadbrzeżu”, znanym z noweli Juri Trofinowa pt. Dom nad rzeką Moskwa. Na dodatek w tym wypadku ofiary i sprawcy to często jedni i ci sami – i mimo tej komplikacji ciągle żadnego problemu nie ma. Innych przykładów nie brak. Wszystkie dobre historyczne prace ogarniają jedno i drugie i tak jest od dawna; mikro-historia jest dziś modna, ale nie jest nowym wynalazkiem.

Jeśli zaś kryje się za tym inne pytanie, mianowicie: jak można z równą dozą sprawiedliwości i obiektywizmu opowiadać w Polsce o ofiarach nazizmu i komunizmu, to znaczy: jak skupiać się na jednym, nie pomniejszając drugiego, czy też: jak mówić o jednym, nie robiąc wrażenia, że się jest apologetą drugiego, albo: jak czcić pamięć żydowskich ofiar nazizmu, nie narażając się na oskarżenia antypolskości, i odwrotnie: jak czcić pamięć ofiar polskich, nie narażająć się na oskarżenia antysemityzmu, a także: jak pisać o żydowskich ofiarach sowieckiego totalitaryzmu w obliczu faktu, że wielu Żydów uczestniczyło w strukturach komunistycznej władzy, innymi słowy: jak zachować moralną jasność co do ofiar i sprawców, czy ogólniej: jak poradzić sobie z problemami związanymi z pisaniem o przedwojennej, wojennej i powojennej sytuacji Żydów w Polsce, albo po prostu: jak być historykiem a nie apologetą – wtedy pytanie może nie jest trywialne, ale też jest nietrafne, a może nawet obłudne, bo z góry zakłada, że jest tu jakiś problem do rozwiązania: że jest to prawdziwy problem w badaniach historycznych, nie zaś problem Polski, czy odzwierciedlenie pewnej polskiej choroby, czy problem antysemitów, czy problem historyka, który pisze w celu przemycenia jakiejś tezy czy interpretacji, czy problem uprzedzeń i nieuczciwości intelektualnej, czy po prostu problem niedobrego historyka. Nie widzę tu prawdziwego problemu.

Czy pojęcie totalitaryzmu opisuje wyłącznie rzeczywistość historyczną, czy pozwala także lepiej zrozumieć współczesność? Jaką pełni rolę? Narzędzia analitycznego, przestrogi, politycznego epitetu, a może jeszcze inną?

Trudno mi zrozumieć, jak – w epoce, w której kwestionuje się wartość wolnego słowa i pożyteczność pojęcia prawdy, w której odradza się wśród młodych ludzi rewolucyjny marksizm, w której uniwersytety służą do inżynierii społecznej i indoktrynacji, w której „mowa nienawiści” albo „faszyzm” albo „rasizm” stały się słowami całkowicie wyzutymi z treści, ponieważ mogą objąć wszystko, i w której Google blokuje konta mailowe użytkownikom, którzy wypowiadają opinie o niepoprawnej politycznie treści, a swoich pracowników wyrzuca – trudno zrozumieć, jak można wątpić, że pojęcie totalitaryzmu nadal jest – i niestety chyba zawsze pozostanie – istotne dla rozumienia współczesności.

Agnieszka Kołakowska jest filologiem klasycznym, tłumaczką i eseistką. Wydała książki: „Wojny kultur i inne wojny” (2010), „Plaga słowików” (2016).

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach
przeglądarki. Więcej informacji w Polityka prywatności strony.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl